Jak pojawiły się w gazetach pierwsze artykuły o tym, że “Dziennik” umiera, mówiłem: “ee tam, dobra, silna gazeta, zazdrośnicy tylko tak piszą”.

Potem odszedł naczelny, Robert Krasowski. Jeszcze nic nie zapowiadało katastrofy, na jego miejsce przyszedł Michał Kobosko, więc ciągłość kierownictwa była.

W końcu okazało się, że Axel Springer, firma mimo że z niemieckim kapitałem, to oferująca dobrą, rzetelną informację (chociaż nie zawsze, bo obok “Newsweeka” i  ”Dziennika” stał jeszcze tytuł nadający się tylko do podcierania tyłka, czyli “Fakt”) sprzedaje Dziennik firmie Infor, wydawcy “Gazety Prawnej”. Jak usłyszałem pierwsze echa tego, że oba tytuły zostaną połączone w jeden, to początkowo podchodziłem do tego nawet optymistycznie. Solidna gazeta opiniotwórcza, realne zagrożenie dla hegemonii “Wybiórczej”, do tego solidny dziennik specjalistyczny. Mogło być dobrze.

Ale nie jest.

1) Na 3 tygodnie przed fuzją (ustaloną na 14 września br.) zmieniono cenę Dziennika. Nie wiem, jak inne wydania, ale piątkowe zdrożało o 0,40 zł do 2,90 zł. To już sporo, jak za gazetę. Cóż, pierwszy sygnał, że Infor będzie starał się zbić jak największą kapuchę, zanim tytuł się wywróci. I że go nie stać, w przeciwieństwie do Springera, na wydawanie solidnej gazety w dobrej cenie.

2) Dziś “Dziennik Gazeta Prawna”, jak obecnie nazywa się tytuł po fuzji, kosztuje 3,99 zł, co jest kwotą horrendalną, z której zapewne mogą być zadowoleni tylko ci, którzy kupowali wcześniej obie gazety. Ale jeśli przeciętny Kowalski ma kupować gazetę za dwukrotność jeszcze niedawno obowiązującej ceny, gazetę, której 3/4 wyrzuci, bo tematyka prawna czy finansowa niezbyt go interesuje (poniedziałkowe wydanie “Dz GP” liczyło sobie [w wersji internetowej, którą kupuję] 108 stron, z czego sam “Dziennik” stron 24), to raczej robić tego nie będzie.

3) “Europa”. Bodajże najbardziej górnolotny z dodatków do “Dziennika” idzie w zapomnienie. Niegdyś ukazywał się zawsze z sobotnim wydaniem, jednak obecnie z soboty “Dz GP” nie będzie wydawany, a część publicystyczna (“Magazyn”) zostaje wrzucona do wydania piątkowego, razem z dodatkiem podróżniczym, kulturalnym i programem telewizyjnym. Nie chcę wiedzieć, ile to będzie kosztowało, ale obawiam się ceny między 4,50 zł a 5,00 zł, co przy wcześniejszym 2,50 zł za wydanie piątkowe i tyle samo za sobotnie  niby nie stanowi większej różnicy, ale to nie będzie raczej objętość dwóch numerów. Kolega powiedział mi kiedyś, iż “Dziennik” ceni właśnie za “Europę”. “Europo”, spoczywaj w pokoju.

4) Ramówka. W poniedziałkowym wydaniu Michał Kobosko opisał, jak to kiedyś powstawał nowy tytuł, że miesiącami tworzono ramówkę, winietę, pozyskiwano redaktorów, grafików itp itd. Axel Springer rzucił “Dziennik” na pożarcie, a Infor bezwstydnie go wykorzystał, nawet nie starając się zachować dotychczasowego, przejrzystego podziału gazety. Muszę szczerze przyznać, nie potrafię się teraz połapać, co gdzie jest w części, że tak powiem “podstawowej” “Dz GP”. Jedyne, co widzę na łamach pisma, to chaos, brak jakiegoś konkretnego, jasnego rozplanowania. No i więcej, dużo więcej reklam, co znowu świadczy o słabej kondycji finansowej Inforu.

5) “Wall Street Journal”. Bezpłatny dodatek, który stanowił o tym, że po “Dziennik” sięgał nie tylko przeciętny Kowalski, ale również ekonomista Nowak czy prawnik Wiśniewski. “WSJ” is no more. Nie będzie już codziennie “Wall Street Journal Polska” dodawanego do “Dziennika”. Zamiast tego będzie w piątki ukazywało się polskie wydanie “The Economist”. Jak wyjdzie konfrontacja obu polskich wydań tych znanych tytułów ekonomicznych, okaże się dopiero, jak pojawi się piątkowe wydanie.

Cóż, zmiany, które zaszły i zachodzą w “Dzienniku” nie nastrajają optymistycznie. Obawiam się, że pismo będzie degradowane, część informacyjna będzie coraz mniejsza, uboższa, znani redaktorzy odejdą, a z “Dz GP” zrobi się “GP bis”. Punkt oporu przeciwko “Wyborczej” słabnie, obawiam się, że niedługo legnie w gruzach, upadnie, odejdzie w niepamięć. A pozostanie pustka, bo kulejąca “Rzeczpospolita” to niestety marna alternatywa. Wbrew temu, co sądzi Jacek Żakowski, że prasa drukowana ma jeszcze rację bytu, że Polska to nie Ameryka, gdzie znane tytuły z długoletnią tradycją wycofują się w sieć, to jednak recesja zacieśni znacznie rynek gazet, szczególnie tych opiniotwórczych. Czas chyba poszukać sobie jakiegoś solidnego portalu z newsami…

Jak masz w pokoju bałagan, to go sprzątasz. Wszak o ile przyjemniej przebywać w czystym pomieszczeniu. Podobnie powinno być z ulicami. I przeważnie jest, przedsiębiorstwa oczyszczania i rzesze “zatrudnionych” na roboty społeczne dbają, by tumany kurzu nie latały z wiatrem, a gazety nie rzewalały się z rogu na róg.

Podobnie powinno być w czasie pokampanijnym. Były wybory, jasne, że wszelkie możliwe słupy, szyby, mury i Bóg wie co jeszcze zostały oblepione milionami plakatów. Przecież kandydat musi się zaprezentować, a najłatwiej dotrzeć do potencjalnego dawcy głosu właśnie spoglądając na niego z posteru, bo przecież niewielki tylko odsetek wyborców pójdzie na spotkanie, przeczyta ulotkę czy wybierze się na debatę.

Kampania była. Plakaty zostały. Kilka dni po jeszcze nie jest tragicznie. Ale niedługo klej zacznie puszczać. Powoli, jeden po drugim, będą się zsuwały ze słupów, szyb i murów, będą zaśmiecały ulicę. Na pewno widok to europejski nie jest. Ale czy ktokolwiek o to dba? Niestety nie, a według mnie wystawia to jak najgorsze świadectwo tym, którzy na tych plakatach widnieją. Wygrali czy nie, powinni po swoich zabawach posprzątać.

Nie wiem, czy w ordynacji wyborczej jest obowiązek uprzątnięcia materiałów z kampanii po wyborach. Pewnie jest. Ale jeśli rzeczywiście, to jest to przepis zupełnie martwy. A tak być nie powinno. Ustawodawcy powinni wprowadzić nakaz, że na każdą złotówkę wydaną na drukowanie plakatów określona kwota będzie alokowana automatycznie na ich uprzątnięcie. A z kolei organy kontrolne (PKW, NIK i inne) powinny dbać, by ten obowiązek BYŁ WYPEŁNIANY. Jako obywatel, który żyje nie tylko w czasie wyborów mówię stanowcze NIE pstrokaciznie, która będzie się walała po ulicach.

Ale nie mam złudzeń. Niektóre plakaty będą wisiały i wisiały. Aż do następnych wyborów, kiedykolwiek one będą.

Nawet nie warto się zastanawiać, jak to czynił Andrzej Gwiazda, czy to jednak warta uczczenia rocznica, czy nie, bo się nic nie wydarzyło.

Ale, skoro już się ją obchodzi, to ważny jest STYL obchodów. A ten jest, mówiąc delikatnie, wątpliwy.

1) Dwa podwórka: jedno w Gdańsku, z uroczystościami pod Stocznią, z wielkim koncertem “Przestrzeń Wolności”. Drugie w Krakowie, na Wawelu, z członkami Grupy Wyszechradzkiej i głowami innych państw.

2) Dwugłowa hydra: jedna głowa w Gdańsku – prezydent Kaczyński, druga w Krakowie – premier Tusk.

3) Żeby tylko się głowy nie pogryzły…: Obaj najważniejsi politycy unikają się jak ognia, nie komentują tego, siedzą w miarę cicho. Za to ich dwory…A właściwie sfory, ujadają na siebie, toczą ślinę, obrzucają inwektywami. Jedno środowisko wygwizduje drugie, jedni to opozycja, drudzy to ZOMO. Śmiem uważać, że sytuacja mogłaby być czystsza, gdyby na czas przed i samej uroczystości współpracowników zarówno Premiera, jak i Prezydenta wysłać na długi rejs dookoła świata. Bo to nawet nie tyle sami panowie Tusk i Kaczyński nakręcają konflikt, co ich otoczenie wzajemnie się kopie po kostkach i zaogniają sytuację. A to przez spuszczanie Palikota ze smyczy, a to przez raporty BBN-u, przez “spotkania” i “dyskusje”. No i przez dobrą tresurę bojówek, w czym szczególnie jedna partia się wyspecjalizowała.

Miało być ogólnonarodowe święto. Są dwa święta, dwóch części podzielonego narodu. I tak będzie długo długo jeszcze, przy okazji każdej wzniosłej chwili, że będzie rywalizacja, będzie kopanie po kostkach, będzie nasze polskie piekiełko. Bo po “Solidarności” został już tylko sztandar. Sztandar, o który zresztą jedna strona z drugą się kłócą, do kogo należy i kto był większym opozycjonistą.

Wprost. Niegdyś czasopismo uchodzące za wyznacznik…hmm…elitarności. Czasopismo z górnej półki, wyznacznik trendów dziennikarstwa, tworzone przez świetnych redaktorów na świetnym poziomie. Dziś zdegradowane, zepsute, zniszczone. Mądre felietony zajęła policja mody Jacykowa, ciekawe artykuły ustąpiły miejsca milionom reklam i tekstom o nie do końca ciekawym znaczeniu.

Wprost Light. Nowy format czasopisma. Sądziłem, że będzie to próba nakierowana na młodego odbiorcę, która będzie go edukowała. Liczyłem, że będzie to jaskółka zwiastująca wiosnę, że młody człowiek też jest zainteresowany krajem, światem, polityką i że warto na nim właśnie się skupić. To, co się dzieje, często niełatwe i trudne do zrozumienia, powiedziane prostym, acz uczącym językiem. Tego oczekiwałem.

A co dostałem? Pani poseł Mucha ucharakteryzowana na seksbombę świata komputerów, czyli Larę Croft, opowiadająca o wszystkim, byle to nie było ważne. Dalej? Perypetie najbardziej żenującej pary polskiej polityki, czyli Kazia Marcinkiewicza i jego Isabel. Jeszcze dalej? Czy Tomek Kammel pójdzie na dno za sprawą wybranki swego serca?

Te trzy “artykuły” można od biedy zakwalifikować do materiału magazynowego, jeśli odpowiednio mocno nagnie się reguły. Na kolejnych stronach mamy już tylko przepisy, drogie gadżety, znowu “etatowy” format Wprost, czyli policję mody Jacykowa, wreszcie sfrustrowany felieton Roberta Leszczyńskiego, dlaczego święty Korzeń nie załatwił Ligi Mistrzów dla TVP. Proste, bo się nie opłacalo! A Leszczyński akurat nie jest z gatunku tych biednych, co ich na telewizję cyfrową, żeby obejrzeć mecze, nie stać. Ale ponarzekać zawsze można.

Osobny akapit jeszcze poświęcę jednemu “artykułowi”. Połowa kraju uwzięła się na wspaniałą TVP. Połowa kraju sądzi, że rządzą nią źli ludzie, że się psuje, zło i masakra. Więc? Trzeba ten wizerunek zmienić. Stąd piękny tekst o “Pytaniu na śniadanie”, przedstawiający format w jedynie jasnych barwach, jak tam jest świetnie, wspaniale, że studio nowe dostali, że się uczą itp itd. Do tego jeszcze tekst okraszono wywiadem z Alicją Resich-Modlińską, szefową programu (osobą, która, patrząc na moje krótkie życie, była w telewizji od zawsze i kiedyś stała w pierwszym szeregu gwiazd), jaki to świetny program stworzyli, że to nie kalka “Dzień dobry TVN”, bo to oni skalkowali. Czyli jak zawsze, zamiast wskazywać różnice, podobieństwa, argumentować czy lepsze, czy gorsze, to łatwiej przerzucać się, kto z kogo małpuje. A to Polska właśnie.

Krótko: Oczekiwałem dobrego magazynu dla młodszego odbiorcy, na poziomie i z umysłem. Dostałem papierową wersję Pudelka.

A wiecie, co jest najgorsze? Nawet się tego nie da użyć, jako papieru toaletowego czy podpałki. Papier śliski, się nie nadaje.

Minęła 6:20, tu program Trzeci Polskiego Radia, zapraszamy na audycje komitetów wyborczych.

…Najgorsza z możliwych pobudek. Przeważnie jak włącza się automatycznie radio jako pobudka, to budzą mnie dźwięki muzyki. A teraz nie. Teraz muszę wysłuchiwać na dzień dobry spotów partii kanapowych i szalonych frustratów.

Nie będziemy płacić za wasz kryzys!

Pewnie. To nie mój kryzys, nie głosowałem na niego. Zamknijmy granice, żeby się nie przedarł, bo to jak zaraza, świńska grypa albo co! Ja kryzysu nie zacząłem, więc mnie nie dotyczy.

Nas nie interesują stanowiska w europarlamencie, weźcie je sobie.

To po kiego grzyba zaśmiecacie nie tylko antenę, ale i mój oraz niemal 40 milionów Polaków umysły?

Spełnijcie nasze żądania, a się wycofamy z rywalizacji.

W ramach równości klasowej chcemy nowych przywilejów! Socjalizm uber alles! Pal licho, że oszczędności potrzebne, my chcemy więcej więcej i więcej. Aha, co najważniejsze, żądamy więcej stołków dla związkowców, co od 15 lat nie robią w zawodzie, tylko za biurkiem siedzą. Ale się nazywają stoczniowcami i górnikami.

A tak w ogóle to my zerwaliśmy spotkanie, bo śmieli jakichś knypków zaprosić. Nas jest dużo, więc tylko my gadać możemy. Że mądrze nie umiemy to inna sprawa, olać to. Ważne, że jest nas dużo, więc z nami tylko gadać można.

I nie dajcie sobie wmówić, że skoro my zerwaliśmy, to my jesteśmy winni. Nie, to On jest winny! Podła kreatura Tusk, sprawca całego upadku! A za Jarosława stocznia tak pięknie upadała… A teraz co? Przyszedł Tusk i sprzedał! Zamiast zabrać służbie zdrowia i dać nam, co by nam, związkowcom, żyło się lepiej i dostatniej.

Zajmując miejsce siedzące upewnij się, czy ktoś inny nie potrzebuje tego miejsca bardziej, niż ty.

Miły głos idealnej kobiety. Elokwentna fraza płynie z głośnika. 

Autobus linii 40. Tramwaj nr 1. Autobus linii 22. I każdy dowolnie wybrany inny środek transportu w Grodzie Kopernika w godzinach szczytu.

Tłok.

A właściwie to już nie tłok, pojęcie tłoku wyczerpało się kilkanaście osób temu. Teraz wystarczyłoby zalać olejem i mamy sardynki w zalewie. 

Nie da się zrobić kroku. Żeby ktoś mógł wysiąść, musi wysiąść pół autobusu, bo nie ma jak przejść.

Ale co? Miejsca siedzące wolne! I to już od kilku ładnych przystanków! Bo ledwie ośmielisz się, Ty parszywy człowieku, usiąść, od razu skarci Cię głos z głośników! Nieważne, że dzięki temu innym trochę łatwiej przejść. Nieważne, że inni mają wtedy gdzie drugą stopę postawić i mogą nieco głębiej zaczerpnąć powietrza. Ważne jest to, że zachowałeś się niekulturalnie. Że nie ustąpiłeś miejsca osobie, która, widząc to puste siedzenie, nie zajęła go. I mimo to, że ulżyłeś ludziom, czujesz się podle. 

Ustąpiłeś miejsca osobie siedzącej, osobie ciężarnej lub z dzieckiem na ręku? Dziękujemy.

Ten sam chłodny, opanowany głos dziękuje szaremu człowiekowi za to, że mógł ustąpić miejsca. Miejsca, na którym i tak nikt nie usiadł, a człowiek ten przyczynił się walnie do wzrostu zatłoczenia w przejściu czy środkowej części autobusu.

P.S. Ten tekst nie ma na celu gardzić podstawową kulturą, że starszym się nie ustępuje. Ale niech wszyscy się zastanowią, czy, jeśli nikt mimo to nie zajmie tego miejsca, warto stać i powodować tłok. Odpowiedź jest prosta: NIE.

Wszystko zaczyna się od pudełka – KSIĄŻKI. Z pudełka wysypują się niezrozumiałe, niepoukładane, zupełnie chaotyczne klocki – SŁOWA. Dopiero odpowiednie łączenie ich w większą całość, najpierw pojedyncze elementy – ZDANIA, wreszcie większe kawałki – AKAPITY. 

Wyobrażaliście sobie kiedyś puzzle, których nigdy nie da się ułożyć do końca? Są takie, oczywiście! Puzzle te nazywają się JĘZYK. Choćbyśmy wyssali umiejętność komunikowania się z mlekiem matki, choćbyśmy przeczytali wszystkie książki (w tym słowniki!), podręczniki, almanachy, samouczki itp itd, to zawsze nagle wypłynie słowo, którego nie znamy. Nawet w takim języku, który znamy, wydawałoby się, od podszewki, jak polszczyzna. Język to puzzle żywe, ciągle się zmieniające. 

A do tego… układamy wiele kompletów puzzli na raz. Ja mam zaczęte układanki polską (zdecydowanie najpełniejszą), angielską, poza tym maleńkie zaczątki układanek łacińskich, norweskich, francuskich czy niemieckich. Do tego trzeba dodać oczywiście pojedyncze elementy układanek jeszcze nie zaczętych, jak rosyjskie, japońskie, hiszpańskie czy jeszcze zupełnie inne, których nawet nazwać nie potrafię (które być może do śmierci rozpoczęte nie będą). 

Ten stos puzzli, kolorowych maleńkich obrazów potrafi przytłoczyć, prawda? I potrafi dobić fakt, że ŻADEN komplet nie jest w rzeczywistości kompletny, każdy się powiększa, każdy ma wciąż luki. Niektórzy na pewno chcieliby mieć możliwość skasowania tych pojedynczych elementów na korzyść uzupełnienia większego kompletu. Bo po co nam śmieci w umyśle, śmieci, które nic nie znaczą? Które nie są i mogą nigdy nie być przydatne? Ale niestety, takie jest piękno ludzkiego umysłu, że to nie jest dysk twardy, z którego w dowolnej chwili można coś wykasować bądź wgrać nowe dane. Proces pojmowania jest dalece bardziej skomplikowany niż tylko kopiowanie plików. I w stopniu absolutnym nieopisywalny, bo każdy umysł jest inny, ma inne umiejętności, preferencje, wreszcie tą magiczną “pojemność danych”. 

Ale naszym pięknem, naszym celem i naszą życiową drogą powinno być, może nawet rozpaczliwe, próbowanie rozbudowania tych układanek, żebyśmy rozumieli coraz więcej i więcej.

Czas jest względny. Godzina, minuta, sekunda – to pojęcia skrajnie abstrakcyjne, sztuczne miary czegoś, czego się zmierzyć nie da. Próba opisania nieopisywalnego. Człowiek, zwierzę, kamień – każde z nich ma swoją własną “skalę” czasu, swoje własne poczucie czasu. To, co dla bakterii jest całym życiem, dla człowieka może nie być nawet mrugnięciem oka. A czymże jest żywot człowieczy przy wieku całej planety? Czym są śmieszne 4 miliardy lat Ziemi w stosunku do 15 miliardów lat wszechświata? 

Bicie serca. Każdy z nas czuje bicie własnego serca, nieubłagany rytm, przez który sączy się nasze życie. Zdarzenia, fakty, ludzie, rzeczy. Pamięć o tym wszystkim zatopiona w morzu naszej krwi wędruje po całym ciele, bo czymże by był mózg bez zasilającego go serca? Czymże byłoby serce bez dostarczających mu tlenu płuc? I tak dalej i tak dalej, system naczyń połączonych, działający jak machina diabolici… bądź machina dei, to już zależy, jak kto postrzega swoje życie. To nasz organizm, nasze potrzeby, nasza fizjologia wyznaczają nam prawdziwy rytm dnia, są miarą naszego czasu. Kto nigdy nie walczył ze snem, gdy spać mu nie wolno było – nie zrozumie, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od naszego ciała, że zmienić i nagiąć potrafimy je tylko do pewnego stopnia.

Dzień. Z pozoru prozaiczne, doba. Tylko dlaczego ta właśnie doba mierzona jest od północy do północy? Kto wymyślił w ogóle pojęcie północy jako określenia czasu? Gdyby starożytni wyznaczyli dzień od wschodu do wschodu, też byśmy tego używali, też byśmy się nad tym nie zastanawiai, przyjęli jedynie jako aksjomat. Nawet nie używając żadnego przyrządu pomiarowego czuje się upływ czasu, ba, można w miarę dokładnie określić porę dnia. Szczególnie, jak się przebywa w wielkim mieście. Nawet zamykając oczy i zdając się tylko na inne zmysły. Szum ulicy, rankiem głośny, w południe nieco cichszy, gdy ludzie wracają z pracy znów narasta, by stopniowo wygasnąć, im bliżej wieczora. Odgłosy z sąsiednich mieszkań. Budzą się rano, najpierw nieśmiale wprawiają ściany w rezonans, by wreszcie wybuchnąć warkotem wiertarki czy domowej kłótni u sąsiada z boku. Znów, im bliżej wieczora, dźwięki stopniowo się zmieniają, słychać szum wody w rurach, gdy gawiedź bierze kąpiel. 

Rok. Wiadomo, od 1 stycznia do 31 grudnia. Tylko znowu warto sobie zadać pytanie, dlaczego akurat te dni? Cykl natury radzi raczej, by wyznaczać od wiosny do wiosny. Życie się rodzi wiosną, dojrzewa w lecie, by umrzeć na jesieni i pozostawić po sobie zimową pustkę.

Jaki z tego morał? Człowiek za wszelką cenę próbuje znaleźć metody opisania, zmierzenia, poznania. Dla jednych dzień mija jak mgnienie oka, dla innych minuty wloką się jak godziny. Ponad tym, co podpowiada nam rozum, serce, otoczenie, zawsze jest klatka odgórnie narzuconych, sztucznych ram czasowych. Nienaturalne zniewolenie “dla dobra ogółu”. Na szczęście pozostawiliśmy sobie jeszcze tyle swobody, że mamy strefy czasowe. Chociaż istnieje obok nich czas uniwersalny, który pewnego dnia może zastąpić stosowaną przez nas miarę.  Bo przecież to będzie się działo dla dobra ogółu, nieprawdaż?

Przed wiekami druidzi czcili święte drzewa, szamani rozmawiali z przodkami, kapłani wielbili bogów…

Pierwsza kawa jeszcze w łóżku, w ulubionej filiżance od Tej Jedynej. Druga, już poza domem. 

Pierwsza, ta od delektowania, oczyszcza żyły z zatorów sennego otępienia i nieświadomości. Czarny napój buduje na nowo mosty połączeń nerwowych i drogi przepływu energii. 

Druga, ta doładowująca, sączona ze szczelnie zamkniętego kubka – termosu. Mimo gwaru autobusu i chybotliwego stukotu tramwaju jest ona jakimś magicznym wydłużeniem domu, ostatnią nicią, która dzieli przedporanek od poranka. A jej cel? Wyostrzenie wzroku, wzmocnienie słuchu, wlanie w żyły energii na cały dzień. 

Kawy, lunche, ulubione seriale, audycje, codzienna pogoń za informacją. Czymże to różni się od prastarych rytuałów? Niczym.

 

Rytuały popkulturowego społeczeństwa